Shadow Warrior 2 Shadow Warrior 2. By DPI Wizard October 16, 2016 in Supported Games. Followers 4. Recommended Posts. Wizard; DPI Wizard. Posted October 16, 2016. The Agent of Chaos is a gatling gun appearing in Shadow Warrior 2. Drops from Lord Of War boss in the third part of side mission Heisenberg. The bonus decreases the miss rate by 30% per second of continuous fire. This late-game aquisition is a good boss-killing method, if player can cope with movement penalty. Good dashing skills help with that. Belly summons other creatures with the power of MOAR COWBELL.In-game description. Belly is an enemy appearing in Shadow Warrior 2. Belly are high-ranking demons met later in the game. They are probably some kind of human mutated by Black Rain. Introduction to this enemy is during reaching Outer Gates for the first time. He may appear in two version: Regular or Elite. There are 2 champion Vay Nhanh Fast Money. Shadow Warrior 2 – przyjemność z mordowania! Ewelina 19 listopada 2016 Z uwagi na to, że mam dosyć odpowiedzialną pracę, mnóstwo stresu, a i dużą wewnętrzną niezgodę na to co się dzieje na świecie, lubię frustracje odreagować w grach, a nie na innych ludziach. Kiedyś służyło mi do tego Diablo 3, no ale ileż można. Maksowanie postaci w co drugim sezonie znudziło mi się na tyle, że po prostu przestałam to robić, mimo, że nadal uważam, że D3 to fenomenalna gra. Z resztą czy Blizzard wypuścił kiedyś jakąkolwiek złą grę? No ale nie o tym. Na początku nie rozumiałam dlaczego wiele osób porównuje Shadow Warrior 2 do Borderlandsów. Mnie na pierwszy rzut oka SW2 skojarzyło się właśnie z Diablo, tylko w nieco innej odsłonie. Widok z perspektywy głównego bohatera może być trochę mylący, a z podobieństw nasuwa mi się jedynie tożsama prezentacja lecącego z mobów lootu, ale czy Shadow serio aż tak mocno czerpie od tej gry? Co prawda fanką Borderlandsów nie jestem, ale zupełnie tego nie zauważam. Ale cóż z tego skoro i tak prawie nic mi się nie podoba.. Nie jest to gra mocno skomplikowana bo i taka być nie musi. Typowy singiel, których osobiście nie cierpię. Brak rywalizacji z żywym przeciwnikiem powoduje u mnie błyskawiczną nudę i tak naprawdę niewiele gier nie-multiplayer wciągnęło mnie na tyle, że chciało mi się w nie grać tak, by przejść je do końca. Nie udało się to żadnej części Borderlandsów, a SW2 jak najbardziej. Nie zraziły mnie nudnawe i czasem słabo wedle mojego gustu przemyślane questy (bieganie kilkaset metrów do bramy, aby u mety dowiedzieć się, że jest zamknięta, a klucz znajduje się w którymś z mobów na drugim końcu mapy). Podczas takowych “pustych przebiegów” mocno brakowało mi cyklicznego spawnu mobów, no bo jak już każą mi biec trzy razy tą samą drogą, to niech postawią tam chociaż kilka przeciwników, bym w tak zwanym międzyczasie miała co mordować. Nie zraził mnie też humor, którego ja osobiście nie do końca jestem fanką. Postanowiłam przeboleć także ciasteczka z wróżbą, których w pierwszej odsłonie gry byłam wielką fanką, bo naprawdę większość z nich była bardzo zabawna. No tutaj radości jak na lekarstwo, tak naprawdę jedynie przy kilku z nich kącik moich ust drgnął nieznacznie pokonując siłę grawitacji. Mimo wszystko, coś wciągnęło mnie na tyle, że ku mojemu zdziwieniu grę przeszłam do samego końca. Co prawda trwało to lata (29 godzin!), to tłumaczę się tym, iż urojona nerwica natręctw kazała mi przeszukać każdą napotkaną po drodze skrzynię, w nadziei, że znajdę w niej coś super fajnego. Niestety nie znalazłam. Mimo wszystko to także mnie nie zraziło! No bo tam chodzi o przyjemność z naparzania mobów.. .. a ta jest naprawdę dzika! Jejku, ten kto już grał wie, że mordowanie kolejnych fal mobów sprawia bezmiar radości. Wkurzył Cię szef? Autobus uciekł zamykając drzwi przed nosem? Masz ochotę rzucić w kogoś cegłą? Odpal Shadow Warriora 2 na stanowiącym spore najwyższym poziomie trudności, a już po kilkunastu minutach naparzania konieczność zażycia dziesięciu tabletek relanium minie bezpowrotnie. Przyjemność z rozwalania bardzo różnorodnych przeciwników jest tak duża, że w pewnym momencie doszłam do wniosku, że questy mi po prostu w tej grze przeszkadzają. Mogłabym tylko biegać i mordować wyciągając z rozczłonkowanych mobów coraz to nowe, bardziej wymyślne i przepięknie wyglądające bronie. A jest ich w SW2 cała masa! Dodatkowo, ilość kryształów modyfikujących ich umiejętności sprawia, że każda z nich zadawać może różnorodne obrażenia (od ognia, zimna, kwasu, elektryczności). Kamienie, którymi modyfikujemy perki broni wypadają naprawdę dosyć często. Podczas wyjmowania ich z broni, w której aktualnie się znajdują, nie ulegają zniszczeniu, co pozwala na ciągłe wykorzystywanie tych najbardziej wartościowych i przekładaniu ich do nowo zdobytych. ..a poza tym, to działała w dniu premiery! Przypominacie sobie ile tytułów w dniu premiery było naprawdę dobrze zoptymalizowane? Bo ja coraz częściej zauważam, że zadając komuś pytanie odnośnie zakupionej gry nie interesuje się tym, czy jest ona grywalna, wciągająca, fajnie wygląda. Najpierw zawsze pada sakramentalne – A DZIAŁA?! No to Shadow Warrior 2 działa i to naprawdę rewelacyjnie. Co prawda graficznie nie jest to Wiedźmin 3, mimo że wygląda naprawdę dobrze, natomiast trzeba przyznać, że nie spotkałam się z głosami czy komentarzami, które ujawniały by jakieś większe problemy. Z resztą miażdżąca ilość pozytywnych opinii na Steam mówi sama za siebie. Chociaż smutne jest to, że w dzisiejszych czasach chwalimy grę za to, że w dniu premiery jest kompletnym działającym produktem, bo powinien być to standard, ale niestety nie jest, dlatego SW2 dla mnie wybija się ponad normę. Nie jest to co prawda produkcja AAA, także cena ok. 100 zł mocno nie szokuje, ale jak za taka grę (zważywszy na to, ile czasem zdarzy nam się zapłacić za przehajpowany tytuł) jest naprawdę bardzo atrakcyjna. 8/10 Jeżeli ktoś z Was lubi najzwyczajniej w świecie wirtualnie pomordować celem odstresowania się jest to produkcja jak najbardziej dla niego. Ilość i różnorodność broni zaspokoi na pewno także typowych zbieraczy (ja uwielbiam kompletować fajny sprzęt!). Co więcej – mamy możliwość zagrania w czteroosobowym coopie, czego jeszcze, ze smutkiem przyznam, nie doświadczyłam, ale może w końcu i to nadrobię. Ktoś z Was ma ochotę na grupowy taniec z Wangiem? ;-) Kill Bill na sterydach i z ciętym humorem – tak w skrócie można opisać drugą część Shadow Warrior polskiego studia Flying Wild Hogs. Ta gra to soczysty i krwawy kawał kodu, który jednak szybko nam się nie znudzi. Wszechobecny „brudny” humor i doskonały system walki sprawiają, że będziemy przykuci do monitora na długie godziny, chociaż na kilka drobnostek trzeba przymknąć oko. Wstyd się może przyznać, ale poprzednie części Shadow Warrior (z 2013 roku, oraz pierwowzór z 1997 roku) mnie całkowicie ominęły. Gdy wreszcie usłyszałem o Shadow Warrior 2, pierwsze co sobie pomyślałem to „A o czym do jasnej-ciasnej w ogóle była część pierwsza?”. Czasami tak jest, nic się na to nie poradzi. I teraz, po ograniu części drugiej, wiem, że poprzednika bardzo szybko nadrobię, bo jeśli czeka mnie chociażby tylko część frajdy, jaką daje sequel, to będzie mnie czekała wesoła jazda bez trzymanki. Sam świat, w którym żyje nasz bohater, nieco różni się od naszego. Obecny Shadow Warrior to nie kontynuacja z epoki piksela łupanego, a typowy reboot serii, a więc do czasów branżowo prehistorycznych na szczęście nie będziemy wracać. Jeśli jednak ktoś – tak jak ja – nie orientował się wcześniej w temacie – kilka słów wstępu. Wcielamy się tutaj w Lo Wanga – najemnika, który metody walki zarówno wręcz, jak i na dystans opanował na niesamowicie wysokim poziomie. Gorzej z jego charakterem, bo chłopak kręci żarty ze wszystkiego i na każdy temat, jest uparty, wredny, krótkowzroczny, egoistyczny i widzi tylko kasę. I przy okazji – da się lubić. Sam świat, w którym żyje nasz bohater, nieco różni się od naszego. Z jednej strony mamy świątynie i wojowników ninja, z drugiej legendarną Yakuzę, z trzeciej potężną korporację Zilla Enterprises, a z czwartej demony z piekła, a raczej cienia, rodem. A co w tym wszystkim robimy my? Cóż, jako najemnik otrzymujemy zlecenie uratowania dziewczyny z łap Zilla Enterprises. Niestety okazuje się, że przybywamy zbyt późno i dziewczyna otrzymała w ramach eksperymentu potężną dawkę nowego narkotyku, przez co całkowicie traci kontakt ze światem. Jedynym ratunkiem od jej śmierci jest przetransportowanie jej duszy do kogoś innego i tym „kimś innym” z racji pośpiechu staje się Lo Wang, który od tej chwili będzie dzielił swoją świadomość z pyskatą jędzą, ale można w sumie uznać, że trafił swój na swego. Sprzeczki tej dwójki to zresztą jeden z najlepszych motywów całej fabularnej strony bowiem pamiętać, że Shadow Warrior 2 nie stroni od żartów i docinek tak niskich, że niejednemu przedstawicielowi przysłowiowej „gimbazy” niejednokrotnie z powodu żenady zwiędłyby uszy. Ja nie narzekam, bo i taki poziom żartów do mnie dociera i mnie nie gorszy. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że wiele osób zostanie odrzuconych przez niskolotne hasła. Rzecz gustu. Ogólnie fabuła Shadow Warrior 2 jest całkiem przyjemna i faktycznie pcha nas do przodu z wrażeniem, że wiemy po co i dlaczego coś robimy, ale nie ma co się po niej spodziewać nie wiadomo jakich twistów. To mimo wszystko jest FPS nastawiony na walkę, a nie przypominam sobie, żeby ktoś w Serious Samie czy Painkillerze cokolwiek specjalnie dobrego o fabule wspominał. Shadow Warrior należy traktować tak samo. Do przodu pcha nas tylko wątek główny, a zadania poboczne najczęściej mają na celu wzbudzić w nas śmiech swoją absurdalnością lub scenkami na wprowadzenie zakończenia zadania pobocznego. A co będziemy robić? Oczywiście rzeźnić, bo cóż by innego? Ale za to w jakim stylu! Jestem pewny, że grając w Shadow Warrior 2, niezależnie od tego jaką wyrzutnię rakiet byście znaleźli, i tak będziecie ganiać najczęściej z mieczami. Nie dlatego, że jest tu mało amunicji, tylko po prostu model walki z mieczami jest tak przyjemnie zrealizowany, że ciężko zdecydować się na używanie czegokolwiek innego. Lo Wang przy odpowiednim poruszaniu myszką zadaje odpowiednie ciosy. Przy kliknięciu i wciśnięciu klawisza odpowiadającego za krok do przodu wykonamy pchnięcie, przy kroku wstecz – wykonamy lekki atak dystansowy, za to przy krokach na bok – kręcimy bączki, siekając wszystko, co tylko znajduje się wokół nas. Wreszcie, klikając bez naciskania klawiszy, siepiemy na lewo i prawo. Może i brzmi prosto, ale frajdy daje co nie miara! Możemy to samo zastosować także do innych giwer i sprawić, że na przykład kosztem częstotliwości wystrzału zamiast samemu strzelać granatnikiem, możemy go rozstawić niczym wieżyczkę Uzbrojenie też bardzo zadowala. Używamy oczywiście katany, innych mieczy czy pazurów, ale nie zabraknie też granatników, rewolwerów, kijów baseballowych, piły mechanicznej, dwururki, pistoletów automatycznych, piły mechanicznej czy innych narzędzi zniszczenia stanowiących standardowy ekwipunek podstawowy każdego szanującego się Ninja. Dodatkowo każdą broń możemy modyfikować. W trakcie gry znajdujemy całą masę przeróżnych znajdziek, które nam w tym pomogą – statuetki, które sprawią, że nasza katana będzie podpalać, zatruwać czy mrozić wrogów. Będzie zadawała potężniejsze obrażenia krytyczne. Możemy to samo zastosować także do innych giwer i sprawić, że na przykład kosztem częstotliwości wystrzału zamiast samemu strzelać granatnikiem, możemy go rozstawić niczym wieżyczkę. Albo granaty mogą się przyklejać do przeciwników. Albo rozpryskiwać się i zadawać obrażenia na większym obszarze. Albo możemy szybciej strzelać, bądź przeładowywać pistolety maszynowe. Albo kosztem większego pożerania amunicji zwiększyć obrażenia pistoletu – to wszystko tylko przykłady, które można dodatkowo sprytnie wykorzystać. Można śmiało wsadzić do miecza klejnot, który zwiększa zużycie amunicji i długość przeładowania, mnożąc za to obrażenia. I zostają nam tylko zwiększone obrażenia, wszak katana amunicji nie używa, więc i jej nie przeładowujemy. Logiczne, prawda? Giwer, jak i możliwości ich modyfikowania jest od grrroma! Dodatkowo uzbrojenie możemy sprzedawać – i przede wszystkim kupować w sklepie, chociaż przyznam szczerze, że ani razu ta opcja mi się nie przydała. Dużo bardziej opłacalne dla mnie było lizanie ścian i zbieranie wszystkiego, co tylko wypadało ze skrzynek i poległych przeciwników, a kasę kisiłem tylko i wyłącznie po to, by nabić osiągnięcie. Wspomniałem przed chwilą, że można sprawić, że broń zadaje obrażenia od ognia, elektryczności, zimna bądź trucizny, bo nie jest efektem tylko i wyłącznie wizualnym. Jak się okazuje bowiem, cała masa przeciwników ma swoje odporności i słabości. Niektórych nie uszkodzimy niczym innym niż konwencjonalnymi metodami, inni zaś odporni są na ogień, ale wrażliwi na toksyny, jeszcze inni nic sobie nie robią z obrażeń od zimna, ale błyskawic boją się jak ognia (ale mi wyszło! J). Kiedy na ekranie mamy kilkunastu przeciwników o przeróżnych rozmiarach i formach, dobieranie odpowiedniego oręża może nagle okazać się trudniejsze niż brzmi to w teorii. No tak, możemy odnajdywać coraz lepsze bronie, modyfikować je, ale możemy też rozwijać wariata, którym sterujemy. Punktów do rozdania mamy całkiem sporo, a więc i umiejętności jest niemało. Te dzielą się na te, które rozwijają nasze zdolności walki wręcz, na nasze moce, umiejętności pasywne, zwiększanie obrażeń czy zdolności – można powiedzieć - survivalowe, które sprawiają, że odnajdujemy więcej amunicji, apteczki nas efektywniej leczą, a kryształy Chi wypadają częściej. Aby jednak skorzystać z umiejętności, musimy ją znaleźć – a więc mieć te szczęście, że karta danej umiejętności nam wypadnie. Możemy przejść grę w 100% i nadal nie odnaleźć wszystkich umiejętności, więc jeśli ktoś chce wymaksować postać – zapewne zacznie się grind. Na szczęście nie musimy się tym zajmować sami. Shadow Warrior 2 oferuje rozgrywkę w kooperacji do 4 osób. Niestety przed premierą nie bardzo mogłem ten tryb przetestować, bo o ile jedna czy dwie gry były faktycznie w trakcie, to z jednej host skorzystał ze swojej władzy i momentalnie mnie wykopał – najwyraźniej była to impreza zamknięta, a druga była już pełna. Raz udało mi się przez około 10 minut zagrać z innym graczem, który potem niestety postanowił grę opuścić. Jednak z tego, co przez chwilę gry w sieci udało mi się zauważyć, to że jest naprawdę przyjemnie i bardzo dynamicznie. Wszak – kooperacja to kooperacja, najlepszymi jej przykładami jest chociażby Dead Island czy Dying Light, w których można cuda wyczyniać z przeciwnikami, gdy jest nas kilku, i tak samo miodnie jest tutaj. Przeciwnicy stawiali tam większy opór niż w singlu, ale ich masowa eksterminacja we dwójkę dostarczała masy frajdy. Samych przeciwników zbyt wielu rodzajów nie ma. Ot, Yakuza to oczywiście elegancko ubrani panowie i stylowe panie w ciemnych okularach. Demony rzucają naprzeciw nam swoje maszkarony, które ciężko sklasyfikować, Zilla zaś operuje robotami i hybrydami ludzi i maszyn. Każdy ma około ośmiu rodzajów swoich siepaczy, którzy towarzyszyć nam już będą przez większość gry. Czasami trafi się większy model wcześniej wspomnianych przeciwników robiący za mini-bossa oraz sami bossowie, którzy już rozmiarami mogą robić wrażenie. Mimo dość wąskiego grona modeli, nie jest to aż tak przykre dla oczu z prostego powodu – naszych przeciwników szybko się pozbywamy i momentalnie pozostaje po nich masa mięsa, którą ciężko zidentyfikować. Poza walką warto się też rozejrzeć za sekretami. Są one dobrze poukrywane, bez jakichkolwiek podpowiedzi i ich znalezienie daje naprawdę poczucie dumy. Niektóre są ukryte tak skrzętnie, że trafimy na nie tylko i wyłącznie czystym przypadkiem. Te dają nam nieco gotówki, ale za to całą masę satysfakcji. Dla tych, którzy grali w część pierwszą – mam dobrą wiadomość – w grze obecne są „ciasteczka z wróżbą”, chociaż tutaj miast wróżby znajdujemy ciekawe cytaty i życiowe porady rodem elewacji miejskich blokowisk. Kolejna porcja czarnego humoru i ironii, ale jakże (nie?)smaczna! Produkcja Flying Wild Hogs poza miodnym gameplayem oferuje nam naprawdę ślicznie wyglądający produkt. Gra świateł, design poziomów czy ostre niczym brzytwa tekstury cieszą oko i pod tym względem nie mam nic do zarzucenia. Największe wrażenie natomiast mamy podczas walki. Gdy wszystko wokół wybucha, leje się jucha i latają ciała, gra zwyczajnie urzeka. Dodatkowo wszystko na moim GTX 970, Intel Core i5 i 8 GB ramu hulało bez najmniejszego zgrzytu, a że to się robi coraz częściej standardowym wyposażeniem – podejrzewam, że i u Was Shadow Warrior 2 będzie miło śmigał. Obok grafiki warto zwrócić uwagę również na dźwięk, który w grze także stoi na wysokim poziomie. Muzyka potrafi urzec, a szczególnie mam tutaj na myśli motyw z głównego menu. Raz się zdarzyło, że telefon odwrócił moją uwagę zanim rozpocząłem dalszą grę. Gdy skończyłem odpisywać, poczułem się jakbym grał w... Diablo 2. To pewnie kwestia gustu, ale właśnie z takimi mrocznymi klimatami kojarzył mi się motyw przygrywający z głośników. Oczywiście w samej grze, gdy na ekranie zaczyna dziać się więcej niż ludzkie oko potrafi zarejestrować, towarzyszą nam o wiele dynamiczniejsze dźwięki, które również potęgują wrażenia. W całej grze jedyne, co może niektórych irytować w tej kwestii, to mocno karykaturalny akcent Lo Wanga. Mnie jednak on nie przeszkadzał. Przeszkadzały za to często powtarzane kwestie. Za pierwszym razem byłem oczarowany różnymi wstawkami, czy to przy zabiciu przeciwnika, przeładowaniu, czy użyciu zdolności, jednak niestety jest ich zbyt mało i po pewnym czasie zaczynają one irytować. Shadow Warrior 2 to gra bardzo dobra, niepozbawiona jednak drobnych mankamentów. Chociażby multiplayer - faktycznie jest, ale nie mamy szans się porozumieć z innymi graczami. W opcjach brak jest klawiszy odpowiedzialnych za komunikację, czy to w formie tekstowej, czy głosowej. Brak tu nawet jakiegokolwiek okienka z predefiniowanymi komendami. Technicznie, jak wspomniałem wcześniej, jest bardzo dobrze, ale grze zdarzyło się ze dwa razy wysypać, a raz trafiłem na dziwny bug, kiedy to gra chodziła płynnie, ale nie działała żadna animacja. Atak mieczem to pokaz dwóch slajdów animacji. Przeciwnicy poruszali się po mapie i atakowali, ale również ich animacja to dwa-trzy slajdy. Restart pomógł, ale musiałem rozpocząć przez to misję od nowa. Raz też bardzo się przeraziłem, gdy podczas wczytywania stanu gry produkcja mi się wysypała do pulpitu, jednak za drugim razem już nie było problemów. Pod względem rozgrywki – niektórych może denerwować backtracking. Co prawda nie jest on jakiś specjalnie uciążliwy, bo przy prędkości poruszania się Lo Wanga mówimy tutaj o może minucie powrotu z punktu B do punktu A, jednak mimo wszystko rzuca się to w oczy. Ci nieco bardziej czepialscy będą mogli zwrócić uwagę na pewną powtarzalność. Niewiele rodzajów przeciwników, powtarzalne kwestie Lo Wanga czy pewna schematyczność misji pobocznych mogą irytować, jednak w nieznacznym stopniu. Od razu też Was ostrzegam – nie marnujcie czasu na średnim poziomie trudności. Od razu uderzajcie w nieco wyższy, gdyż na średnim poziomie, aby zginąć, trzeba się mocno postarać. Przeciwnicy padają na 2-3 „szlachnięcia”,a gra, która nie stawia przed nami wyzwania, staje się dość nudną wyżynką. Na szczęście podniesienie poziomu trudności nie jest trudne, a jeśli ktoś chce ścigać osiągnięcia – im wyżej wystartuje, tym lepiej dla niego. Gra po prostu stawia ciekawsze wyzwanie na co najmniej trzecim stopniu trudności. Najnowsze przygody Lo Wanga, głównego bohatera serii Shadow Warrior, wciąż sprowadzają się do niezwykle radosnego i bardzo przyjemnego mordowania. Mordujemy ludzi, demony, drony, mutanty, roboty, cyborgi i całą masę innych przerażających kreatur, które migają nam na ekranie zbyt szybko, byśmy zdążyli je zidentyfikować. Niszczymy wrogów bronią białą z kataną na czele, rozstrzeliwujemy i masakrujemy magią. Dokonujemy rzezi w tradycyjnych japońskich miasteczkach, demonicznych wymiarach i superfuturystycznej metropolii. Pod tym względem nowa gra przypomina starą. Pojawiła się jednak masa nowości. Lo Wang wciąż może się rozwijać w sposób iście RPG-owy. Uczymy się specjalnych ataków bronią, czarów i innych bardzo przydatnych umiejętności. Dodatkowo jednak w grze pojawił się bardzo rozbudowany arsenał i system jego modyfikowania. Shadow Warrior 2 – arsenał to podstawa O ile pierwszy Shadow Warrior od Flying Wild Hog oferował dość skromną kolekcję broni, w dwójce możemy znaleźć tyle sprzętu, że aż kręci się w głowie. Jakby tego było mało, każdy rodzaj oręża możemy ulepszać, dodając do niego maksymalnie trzy efekty. Wiele z nich to proste szybsze przeładowanie, większy magazynek czy wysysanie życia. Pojawiają się jednak także znacznie ciekawsze. Mój faworyt zmienia broń w stacjonarną, samodzielną „wieżyczkę”, strzelającą do wrogów. Zbieranie kolejnych ulepszeń do broni i samej broni to ważny filar, na którym stoi rozrywka. Do generowanych proceduralnie lokacji możemy wracać dowolną ilość razy, żeby zdobywać karmę (lokalny odpowiednik doświadczenia) i szukać nowych ulepszeń, które hurtowo wypadają z pokonanych wrogów. To brzmi dość mocno jak Borderlands, prawda? Dodajmy do tego możliwość wzbogacenia broni o efekty żywiołowe (ogień, toksyny, prąd itp.) i fakt, że różni przeciwnicy mogą być odporni lub podatni na różne ataki. Shadow Warrior 2 Oczywiście Shadow Warrior nie oferuje „bazylionów” pukawek. Jest ich mniej, ale głównie dlatego, że twórcy nie namnożyli ich sztucznie, każąc nam wybierać spośród dziesiątek tysięcy bardzo podobnych karabinów. Większość broni w Shadow Warriorze ma własny styl i charakter. Warto przy okazji zaznaczyć, że broń biała, palna i magia to nie są równorzędne ścieżki, którymi możemy podążać wedle wyboru. Po pierwsze, magia jest najmniej samodzielna i różnorodna. Po drugie, najlepiej sprawdza się ciągłe łączenie różnych ataków i rodzajów broni, w zależności od sytuacji na polu walki. Shadow Warrior 2 – kto mieczem wojuje, ten dobrze się bawi Shadow Warrior 2 Najważniejsze jednak, że broni w grze przyjemnie się używa. Najwięcej czasu spędziłem chyba z kataną, ale także strzelanie z rewolweru, łuku, miniguna, czy pistoletu na gwoździe potrafi okazać się i skuteczne i satysfakcjonujące. Tempo walki jest przy tym absolutnie szalone. Nasz bohater wykonuje podwójne skoki i chętnie korzysta z „wślizgów” w wybranym kierunku. Używa się ich cały czas, w połączeniu ze skokami i prostymi kombosami. Tempo jest tak szybkie, że nie ma nawet czasu popatrzeć, jak wygląda rozcinanie wrogów na kawałki. Shadow Warrior 2 Mogę się w tym miejscu przyczepić do braku kopnięcia, takiego jak w Dying Light, czasem bardzo pomogłoby w walce (mamy za to coś w rodzaju pchnięcia mocą Jedi, więc 1:1). Chętnie zobaczyłbym w grze także blok mieczem, bo przecież wielu przeciwników także korzysta z broni białej. W ogólnym rozrachunku jednak walki są krwawe, dynamiczne i soczyste. Oczywiście gra ze znajomymi do czterech osób sprawia, że zabawy może być jeszcze więcej. To nie strzelanka taktyczna, więc nie nastawiajcie się na planowanie kolejnych akcji, ale z dobrymi znajomymi dobra zabawa jest tylko lepsza. Shadow Warrior 2 – ostry poker w cyfrowej Japonii Shadow Warrior 2 Świat Shadow Warriora to dość dziwna wizja, łącząca demoniczne moce, japońskie klimaty i ultranowoczesność w postaci korporacji Zilla i jej żołnierzy. Widać jednak, że ktoś tam we Flying Wild Hog odrobił lekcję z japońskości. Klimat tego egzotycznego kraju, choć oczywiście mocno przerysowany, wylewa się z monitora. Osobiście darzę tę część świata sentymentem i byłem po prostu zachwycony. Oczywiście jedne lokacje są zrobione lepiej, a inne gorzej, ale wielokrotnie gra mnie urzekła. Co ciekawe, generowane proceduralnie lokacje wyglądają naprawdę świetnie. System wykorzystuje dość spore "klocki", z których układane są mapy. To sprawia, że czasem mamy uczucie deja vu, ale przecież deja vu zawsze jest lepsze od zwykłego odwiedzania tych samych map jeszcze raz, prawda? Shadow Warrior 2 – wady, czyli obowiązek recenzenta Shadow Warrior 2 W każdej recenzji trzeba wskazać miejsca, w których twórcy się potknęli. Na szczęście nie mam w tym akapicie wiele do napisania. Z niezwykle uroczymi lokacjami potrafią kontrastować brzydkie modele postaci (niektóre są w porządku, ale kilka wyraźnie odstaje). Fabuła nie jest zła, ale dość oklepana, motyw postaci NPC, uwięzionej w głowie bohatera to coś, co widzieliśmy już bardzo wiele razy. To nie ma jednak większego znaczenia. Szukanie rzadkich ulepszeń do broni i ciągłe masakrowanie demonicznych hord to wystarczająca motywacja, by przeć do przodu. Zdarzało mi się w grze natknąć na pojedyncze glitche, czasem AI zachowała się głupio. W ogólnym rozrachunku Shadow Warrior 2 to jednak produkcja niemal wzorowa, jeśli chodzi o stan techniczny. Wielu zachodnich wydawców mogłoby dzieło Flying Wild Hog wziąć za przykład. Shadow Warrior 2 – ostatnie cięcie Shadow Warrior 2 jest bardzo fajnym przedstawicielem swojego gatunku. To bardzo solidna strzelanka ze szczyptą przaśnego poczucia humoru, ogromną ilością grywalności, pięknymi lokacjami i fajnym systemem rozwoju postaci i zbierania tzw. lootu. Tak naprawdę, jedyne co sprawia, że Shadow Warrior 2 jest bardzo dobry, a nie wybitny to to, że w zasadzie wszystkie części składowe tego dania już kiedyś kosztowaliśmy. Dlatego wystawiam 8/10, a nie więcej. Prawdziwa ocena to jednak po prostu: warto zagrać! Ocena: 8/10 +Arsenał i system jego ulepszania +Dużo dobrej walki bronią białą, palną i magią +Piękne lokacje +Kooperacja zawsze jest plusem +Dobra cena i bogate wydanie pudełkowe -Niektóre modele postaci są brzydkie -Czasem lokacje wywołują poczucie deja vu

shadow warrior 2 ostrze wygnania